Przeczytałem kolejną książkę Dana Browna. Tak, tego od „Aniołów i Demonów” i „Kodu Leonarda DaVinci”. W najnowszej, „Zaginiony Symbol”, Dan Brown niestety nie popisał się. Książka jest przegadana i miejscami nudna, powiela schematy. Ale jedno trzeba autorowi przyznać. Nadal jest mistrzem suspensu i zwrotów akcji.

„Anioły i Demony” były kosmiczne. Przegięte jak dobra fantastyka. Bomba z CERN ukryta w Watykanie… Antymateria, Konklawe – niesamowite. „Kod DaVinci” – był dynamiczny i odkrywczy. A w „Zaginionym Symbolu” autor przeprasza za swój bestsellerowy „Kod…”. Nagle okazuje się, że Biblia jest odpowiedzią na masońskie tajemnice! Naprawdę miałem wrażenie, że „Zaginionym Symbolem”, Dan Brown chciał przeprosić za zamieszanie jakie spowodował „Kodem”. Po prostu.

Pomimo tego, że opisywana książka jest bardzo słaba – ma w sobie coś dziwnego. Otóż siadasz i zaczynasz czytać. Nagle orientujesz się, że w ciągu półtorej godziny przeszło 300 stron. Nie wiem czy to plus, niemniej – nigdy nie podejrzewałem się o umiejętność tak szybkiego czytania…

A o czym jest Zaginiony Symbol?

O odkrywaniu zaszyfrowanej tajemnicy masońskiej, ukrytej w Waszyngtonie. Zatem razem z Robertem Langdonem zwiedzimy podziemia Kapitolu, Instytut Smithsoniański i obelisk Waszyngtona… Oczywiście, podobnie jak w „Kodzie…” jest i religijny wariat, inteligentna kobieta, i pomocnik a ktoś, kogo Robert wziął w pierwszej chwili za wroga, okazuje się przyjacielem. do tego zamieszane jest w to wszystko CIA… Fajne? Fajne!… Ale wtórne.

Można przeczytać, choć nie jest to literatura najwyższych lotów. Nie da się ukryć, że dopiero pod koniec robi się ciekawie, a zwroty akcji następują jeden po drugim… tylko ten rozbieg taki sobie. Gdybym miał dać ocenę punktową: 6/10.