Podobno znowu mają być cięcia w liczbie godzin przedmiotów w szkołach, niby większa specjalizacja i tak dalej. Nawet nie chce mi się tego czytać… Ale rozpad szkolnictwa nie dzieje się teraz. Trwa od jakiegoś czasu, choć z pewnego punktu widzenia nie jest sytuacją złą.

Po pierwsze, rozpad szkolnictwa zaczął się już bardzo dawno temu, a nie wraz z obecną reformą. Podejrzewam, że zdecydowanie przed 1990 rokiem. O czym mówię? Na przykład o historii, która uczyła dzieci dat i wydarzeń, a nie uczyła związków pomiędzy tymi zdarzeniami. Była też fizyka, która nie uczyła dzieci fizyki, tylko podstawiania do wzorów. (I uczeń idąc do tablicy nie zastanawiał się dlaczego coś się dzieje, tylko do jakiego wzoru podstawić, ewentualnie jak wzór przekształcić). Ja w podstawówce mozolnie przepisywałem do zeszytu zastosowania tworzywa Ebonit. Po jakiego dziada?

Potem, w 2002 weszła nowa matura. Ona sama w sobie nie była jeszcze zła, ale położyła kres egzaminom na studia. Uprzedzam pytania. Tak przechodziłem egzaminy na studia. Znam rekordzistów, którzy zdawali jednocześnie na 9 kierunków i pisali kilkanaście egzaminów (Na przykład na jeden kierunek trzy egzaminy + rozmowa kwalifikacyjna). To był maraton, po którym pierwsze w życiu, trzymiesięczne wakacje były jak najbardziej zasłużone. Co jest teraz? Na pierwszym roku jest szkółka, która ma za zadanie zrównać poziom. Nie dotyka to nawet bardzo kierunków humanistycznych, ale kierunków ścisłych jak najbardziej (studentów pierwszego roku informatyki trzeba uczyć liczyć całki). To samo dotyczy egzaminów do liceów. Teraz ich nie ma, więc do kiedyś bardo dobrych liceów, obok dzieciaków chcących się uczyć, trafiają teraz jełopy „z rejonu”.

Dlatego mówię, że obecnie zbliżająca się reforma nie jest wcale „końcem szkoły”. Szkoły jak produkowały matołów, tak będą produkować. Szkoda tylko tej standaryzacji i braku egzaminów wstępnych – to znaczy, że nie mogą powstać naprawdę elitarne licea, czy kierunki studiów. Znaczy nadal jakoś jeszcze są, ale reforma właśnie w nie godzi najbardziej.

I to właśnie to, ta standaryzacja, jest tym co najgorsze. Nie to, że znika ileś tam godzin fizyki, czy historii z programu nauczania. Teraz ja, wkładając wiele w wychowanie mojego dziecka, zapisując je na dodatkowe zajęcia i rozbudzając w nim chęć uczenia się, tracę to wszystko posyłając je do liceum. Już nie mogę posłać go do, dajmy na to, Batorego, gdzie było kiedyś 8 kandydatów na jedno miejsce. Teraz wpadnie w stado debili, w którym może kilkoro będzie podobnych do niego.

Do czego to prowadzi? Wbrew pozorom niekoniecznie do ogłupiania społeczeństwa. Będą sobie szkoły państwowe i prywatne w rodzaju, bo ja wiem, Eaton. W tych prywatnych szkołach, do których niejednokrotnie zapisać trzeba będzie dziecko jeszcze przed urodzeniem, będzie realizowany „państwowy” program minimum, aby tylko dzieciak zdał maturę, ale poza tym wymagania wewnętrzne będą stawiane wysoko.

Z tego punktu widzenia reforma szkolnictwa robi nam dobrze. Wytworzą się prawdziwe elity społeczne. W czasach, kiedy już posiadanie mgr. przed nazwiskiem nie jest żadnym wyznacznikiem wykształcenia i każda blondi która kończy zarządzanie i marketing w Wyższej Szkole Pchnięcia Ryżem i Rzutu Kukurydzą ma dyplom wyższej uczelni, wytworzenie się elity jest nawet pożądane. Szkoda tylko, że wokoło tej elity, będzie coraz więcej głupiego planktonu.

I teraz wyjaśniam: Nie jestem przeciwko szkole. Nie uważam, że nauka jest niepotrzebna, bo wychodzę z założenia, że nigdy nie wiadomo co się przyda. Jeśli jednak uczeń nie ma chęci do nauki, nie wytworzyła się w nim swoista kultura nauki, to nic mu nie pomoże. A ową kulturę nauki, najczęściej wynosi się z domu. Znam chlubne wyjątki, ale w większości – jeśli dom pomaga Ci się uczyć – to się uczysz. Zatem wniosek jest prosty – jeśli dziecko ma wykształconych rodziców, to wiedzę, której nie da mu szkoła, zdobędzie gdzie indziej. Problem jest tylko taki, że to będzie kosztować… Trudno.